Farel, Kalwin, Beza, Knox

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dygresje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dygresje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2025

Wokół Księgi Rodzaju 1,1

Biblia zawiera wiele miejsc, które napawają zachwytem nad Bogiem — nad jego stwórczą mocą i zbawczymi dziełami. Istnieją na jej kartach także zapowiadające przyszłe wydarzenia (potencjalne lub bezwarunkowe) wersety prorocze, które wymagają znacznie gruntowniejszych i głębszych studiów, w tym znajomości historii powszechnej.

Niektóre fragmenty są przez nienasyconych czytelników brane pod lupę z takim zapałem, że znajdują w nich oni ukryte kody i bijące z nich niecodzienne światło. 

Postępują tak nie tylko ludzie chcący się na biblijnych sensacjach i enigmatach dorobić (vide Michael Drosnin i jego kod opierający się na arcykruchych podstawach, a mający pochodzić od kosmitów), ale też wyznawcy religii Mojżeszowej (dość wspomnieć ekwilibrystyczne wyczyny pasjonatów gematrii) oraz część chrześcijan, których nowinki obwędrowują wszystkie wyznania, w tym kręgi adwentystyczne, szukając osób znudzonych prostolinijnym przekazem Pisma Świętego.

Jednym z takich miejsc potencjalnie ekscytujących zblazowane dusze jest werset Księgi Rodzaju 1,1, gdzie co poniektórzy doszukują się ukrytego Jezusa. Argumentacja odkrywców przebiega tak: Hebrajski tekst pierwszego wersetu, Bereszit bara Elohim et haszszamajim wet haarec, czyli dosłownie „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”*, zawiera dwukrotnie leksem et (w poprzednim zdaniu zaznaczony  tłustym drukiem), który — jak przekonują namiętnie poszukiwacze biblijnych zagadek i łamacze takichż rebusów — nie ma w hebrajskim znaczenia i owiany jest mgłą tajemnicy. Partykuła ta składa się z dwóch hebrajskich zgłosek: alef i taw, otwierających i zamykających hebrajski alfabet. Z kolei na kartach Nowego Testamentu czytamy, że Chrystus nazwany jest alfą i omegą, które to litery stoją na samym początku i na samym końcu greckiego alfabetu, wykorzystanego do zapisu orędzia pism nowotestamentalnych: „Jam jest alfa i omega, mówi Pan, Bóg, Ten, który ma przyjść, Wszechmogący” (Ap 1,8), „Jam jest alfa i omega, początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo ze źródła wody żywota” (Ap 21,6), „Nie lękaj się, Jam jest pierwszy i ostatni” (Ap 1,17).

Mamy zatem w obu abecadłach następujące pierwsze i ostatnie zgłoski:


hebrajszczyzna 

ת .................... א


greka

α .................... ω

A skoro w Rdz 1,1 znajdujemy pierwszą i ostatnią literę alfabetu i skoro według hebraistów partykuła et jest słowem zagadkowym, nie niosącym żadnego znaczenia, jest to być może wskazówka, że werset ten zawiera przesłanie, które rozszyfruje tylko dociekliwy, rzetelny i pokorny badacz Biblii. Przesłanie mówiące, że Biblia od samiutkiego początku zawiera informację o Alef i Taw, Alfie i Omedze, Pierwszym i Ostatnim, ergo: Jezusie Chrystusie. Czyż to nie cudowna informacja? Nasz Pan już w pierwszym zdaniu Biblii zawarł informację o Zbawicielu!

Pudło! Powyższa teza opiera się na błędnej informacji i rzekomej enigmatyczności hebrajskiego et (את). Nie jest prawdą, jakoby wyraz ten nie miał znaczenia w hebrajszczyźnie. Ma, i to bardzo klarowne, choć nie tyle odpowiada danemu słowu czy wyrażeniu, ile pełni niebagatelną funkcję składniową, o czym doskonale wie nie tylko każdy rabin czy hebraista, ale też każdy, kto zaledwie liznął tego języka. Dla zatwardziałych niedowiarków na potwierdzenie przytoczę akapit o tejże partykule z podręcznika do hebrajskiego dr. hab. Marcina Majewskiego, wykładowcy na UPJPII i na UJ (Bereszit. Język hebrajski dla początkujących, UPJP II, Kraków 2011, s. 77):

Jak widzimy, partykuła biernika et pozwala nam się zorientować, co w zdaniu jest podmiotem, a co dopełnieniem bliższym, innymi słowy co lub kto jest wykonawcą czynności, a wobec kogo lub czego czynność jest wykonywana. Cóż to konkretnie oznacza? Ano zobaczmy na przykładzie rozpatrywanego pierwszego wersetu Genesis. Gdyby tak usunąć partykułę et, musiałoby powstać zdanie w rodzaju Bereszit bara Elohim haszszamajim w haarec, jednak wówczas czytelnik znający język hebrajski mógłby nie wiedzieć, kto jest podmiotem, a kto dopełnieniem, czyli nie byłby w stanie stwierdzić, czy to Bóg stworzył niebo i ziemię, czy może niebo i ziemia stworzyły Boga. Partykuła et odgrywa zatem w języku hebrajskim bardzo istotną rolę i występuje w Starym Testamencie — uwaga — ponad 11 000 razy (!).

Odgrywa zaś dlatego, że w hebrajszczyźnie odmiana rzeczowników przez przypadki (deklinacja) ma formę szczątkową. W polszczyźnie, w przeciwieństwie do hebrajskiego, rozpoznajemy, co jest podmiotem, a co dopełnieniem, po przypadku gramatycznym użytym w określonym zdaniu: „[mianownik: kto? co?] Bóg stworzył [biernik: kogo? co?] niebo i [biernik: kogo? co?] ziemię”. Przy czym warto zauważyć, że bywają w polszczyźnie sytuacje, gdy tylko na podstawie kontekstu lub ogólnej wiedzy o świecie jesteśmy w stanie stwierdzić, co jest podmiotem, a co dopełnieniem, jak choćby w zdaniach: „Mrówki zjadły ptaki”, „Wstrząs spowodował wybuch”, „Pociąg wyprzedził samochód”, „Głęboki rów otacza parkan”, „Dzieci uratowały słonie”. Poloniści zalecają, by unikać takich niejednoznacznych konstrukcji przez ustawienie podmiotu przed dopełnieniem, ale nawet znakomici styliści niekoniecznie się do tego stosują, zdając się na inteligencję i domyślność czytelnika.

Nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić, że koncepcja Chrystusa ukrytego w partykule et, która pojawia się dwukrotnie w Rdz 1,1, okazuje się zamkiem na piasku.

Swoją drogą ciekawe, jakiż to „szczery” chrześcijanin sprokurował takie łgarstwo. Warto pamiętać, że dla dobra chrześcijaństwa, kierując się szlachetnymi pobudkami, prowadzono krucjaty i powołano inkwizycję. Jak widać, dla niektórych chrześcijan cel wciąż uświęca środki, aczkolwiek już nie tak drastycznie jak dawniej.

Możliwy jest też inny scenariusz: rzecz sfabrykował ateista czy inny bogożerca i wrzucił do sieci, planując ośmieszyć chrześcijaństwo i Biblię, a rewelację szybko podchwycili (leniwi) chrześcijanie żądni sensacji, lecz nie dysponujący wiedzą pozwalającą im zweryfikować prawdziwość takiej informacji, lub też z natury łatwowierni, a pragnący w ten sposób przysporzyć chwały Jezusowi. Wszak wysławiania Pana Boga nigdy dosyć!


Istnieje jeszcze inna teoria związana z tymże wersetem, mówiąca, że fragment bereszit można także przełożyć jako „przez początek”, toteż całe zdanie winno jakoby brzmieć „Przez początek stworzył Bóg niebo i ziemię”, początkiem zaś wszystkiego, jak podaje Nowy Testament, jest Jezus Chrystus: „On także [Jezus Chrystus] jest Głową Ciała, Kościoła; On jest początkiem” (Kol 1,18), „Jam jest [...] początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo ze źródła wody żywota” (Ap 21,6).

Teza ta jest naciągana i w prostym, dosłownym opisie, z jakim mamy do czynienia w Rdz 1,1 (podobnie jak w pierwszych jedenastu rozdziałach Księgi Rodzaju, wbrew postępowym teologom, którzy od jakichś dwustu lat każą nam w nich widzieć mity, symbole i alegorie), jej zwolennicy niepotrzebnie doszukują się tajemnych przekazów i szyfrów. Ponadto nie otrzymujemy od takich odkrywców uzasadnienia, dlaczego akurat takie tłumaczenie, idące pod prąd — bagatela — całej biblijnej tradycji translatorskiej, miałoby być właściwsze i trafne.

Reasumując: czytajmy Biblię, nie dopatrując się w niej sekretów, kodów ani sensacji. Odrzućmy pogląd o mgle i tajemnicy spowijających jakoby Pismo Święte, a dostrzegajmy w nim to, czym w istocie jest — słowo objawione. Nie wychodźmy przed szereg, powielając bądź produkując takie czy inne sensacje, żeby koniecznie pochwalić się palmą pierwszeństwa w ich znajomości bądź też w ich rzekomym odkryciu, bo przy rzetelniejszej weryfikacji okazują się pryskać jak bańka mydlana, podkopując naszą wiarygodność czy trzeźwość. Patrzmy uważnie na kontekst. Sprawdzajmy mówców, radźmy się braci z doświadczeniem, mogących dysponować większą wiedzą w danym temacie. I wreszcie, nie zapominajmy o zdrowym rozsądku.


* Wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii warszawskiej.


© Paweł Jarosław Kamiński 2024

piątek, 21 marca 2025

Truciciele w kitlach

O skutkach ubocznych stosowania preparatów leczniczych nie wie prawie nikt. To wiedza hermetyczna, dostępna wyłącznie dla wtajemniczonych. Wielkim sekretem jest fakt, że do leków na receptę są dołączane ulotki z listą potencjalnych niepożądanych skutków ich zażywania.

Nic nie szkodzi, bo z pomocą śpieszą dzielni i świetnie zorientowani detektywi prawdy, którzy wyśledzą każdy spisek i niczym namaszczeni biblijni prorocy głosić będą w mocy orędzie na obecne czasy. Orędzie — uwaga! — o trucicielskim wpływie farmacji.

Bo, widzicie, farmacja to właściwie nic innego jak czary, uroki i gusła. Tak, tak! Przecież nie inaczej powiada grecko-polski słownik: pharmakeia „trucicielstwo; czary, magia”; pharmakon „zaczarowany napój, napój miłosny; pl. czary, uroki, gusła”; pharmakos „truciciel; guślarz magik”.

A skoro tak, to rzeczą jak najbardziej uprawnioną — i w świetle powyższego słownika (nie pomnę, czy Abramowiczówny, czy Popowskiego) najoczywistszą oczywistością — jest stwierdzenie: że lekarze to nierzadko truciciele, którzy w swoich alembikach warzą eliksiry i dekokty, a korzystający z ich usług ulegają zwiedzeniu; że farmakologia to guślarstwo i rzucanie czarów; że w tekstach Nowego Testamentu, gdzie widnieje wyraz pharmakeia oddany przez załganych tłumaczy jako „czary” (Ga 5,20; Ap 9,21; 18,23), możemy śmiało i zasadnie podstawić dzisiejsze terminy „farmacja” lub „farmakologia”, bo właśnie o tym tak naprawdę mówią te teksty. Nie rozumisz? Nie wierzysz? Toś zwiedzion i kiep!

Nieważne, że tłumaczenie tych słów na polskie „farmakologia” czy „farmacja” to ewidentne nadużycie interpretacyjne, a konkretnie anachronizm, gdyż farmakologia to usystematyzowana dziedzina wiedzy, która w starożytności nie istniała, farmacja zaś to przemysł zajmujący się wytwarzaniem i dystrybucją leków oraz nauka o lekach, których to zjawisk w porównywalnej do dzisiejszej postaci również w antyku nie uświadczymy (jak zestawiać opartą z reguły na rzetelnych badaniach produkcję leków w nowożytności, muszących spełniać określone, wyśrubowane normy i standardy, z pozbawionym metody naukowej wytwarzaniem leków w zamierzchłych czasach?).

Nieważne, że w innych słownikach języka greckiego pharmakeia oznacza również podawanie i stosowanie leków i że o użyciu wyrazu w tym znaczeniu zaświadczają choćby dzieła Ksenofonta, Hipokratesa, Galena, Zenobiosa i Arystotelesa. (Komu by tam chciało się podjąć wysiłek sięgnięcia po inne źródła, żeby zweryfikować własną tezę, która przecież bez dwóch zdań wyraża posłannictwo z niebios? Jeszcze by się okazało, że zadają jej kłam, i rozsypalibyśmy się psychicznie, a już na pewno stracilibyśmy obserwujących na YouTubie czy innym Instagramie?)

Nieważne, że wczytywanie w Biblię własnych uprzedzeń (niechby i słusznych) do zachłannych koncernów farmaceutycznych i próby dopasowywania jej do swoich poglądów nie są zasadne w świetle zdrowych reguł hermeneutyki.

Nieważne, że z punktu widzenia językowego takie fikołki jak wyżej nie mają solidnych podstaw. (To, że słowo X pochodzi o słowa Y, nie oznacza, że słowo X ma to samo znaczenie co słowo Y ani że słowo X zachowało choćby cząstkowo znaczenie słowa Y).

Notabene można się tylko domyślać, czemu terminy te miały oba znaczenia jednocześnie: zapewne dla laików leczenie wydawało się sztuką pochodzącą od bogów, wręcz magiczną.

A z kolei wiedza, że co jednemu lekarstwem, drugiemu trucizną, to naprawdę żadna nowość, tylko rzecz znana od tysięcy lat. Więc po co robić wokół tego wielkie halo? Chyba tylko dla poklasku i mącenia wody.


A skoro o wodzie już mowa: wodą na młyn takich natchnionych poselstw okazało się covidowe szaleństwo. Przy okazji koronawirusa Boży szaleńcy zaczęli tu i ówdzie powtarzać rewelacje o zaświadczonych rzekomo przez Biblię trujących właściwościach farmaceutyków. Bez wsparcia i ostrzeżeń ze strony takich posłanych przez niebo mężów chrześcijaństwo bankowo by się sypnęło, i to na cacy. Wyższe moce wyposażyły ich bowiem w orędzie bezkompromisowe, będące twardą mową, które znieść mogą tylko odbiorcy szczerzy i rozumni. Reszta to ciołki.

Pisząc o lekarskim zatruwaniu, de facto sami zatruwali i nadal zatruwają umysły słabych w wierze chrześcijan, sprowadzając ich na manowce ignorancji i fanatyzmu.

Każdy ma swoje poglądy i opinie, na branżę farmaceutyczną również. Ale czy naprawdę trzeba się ich doszukiwać w Słowie Bożym? Czy o to chodzi w studiowaniu Biblii, by przykrawać jej nauki do własnych przekonań?


© Paweł Jarosław Kamiński 2024

czwartek, 13 lutego 2025

Święty Lucyfer

Wśród chrześcijan krążą najrozmaitsze opowieści, roznoszące się lotem błyskawicy i obejmujące mity nie tylko z brodą, ale też rodzące się na naszych oczach. Jednym z nich jest twierdzenie, że papież i biskupi wysławiają Lucyfera. Że hierarchowie katoliccy wprost, bezczelnie sprawują kult szatana, wciągając masy niczego nieświadomych wiernych w bluźnierstwo i opluwanie Boga. Krzykliwe nagłówki takich newsów, ścinające krew w żyłach, skutecznie przyciągają łowców sensacji: Watykan i LucyferWywoływanie LucyferaIntronizacja Lucyfera.

Sprawa o tyle niebagatelna, że powtarzana bodaj czy nie coraz częściej. I to przez chrześcijan zapewne szczerych, acz pozbawionych szczypty zdrowego sceptycyzmu w kwestii postaw i wypowiedzi krytycznych wobec Kościoła powszechnego, a opartych niejednokrotnie na antykatolickiej zajadłości — kto wie, być może nawet ateistycznej? Do tego niejako stawiająca protestanckie wspólnoty w nieciekawym świetle: prezentująca ich jako zgraję niepoważnych fantastów, łgarzy i mitomanów, plotących, co im ślina na język przyniesie. Albo łatwowiernych ignorantów, którzy nie umieją odróżnić prawdy od fałszu (a więc tym bardziej zrozumieć również Biblii) ani ocenić prawdziwości informacji. Lub odpychających, wyzutych z czci i wiary intrygantów, łotrów, grandziarzy i prowokatorów.

Na rozmaitych forach internetowych raz po raz wykwitają komentarze, których autorzy podnoszą tenże zarzut, powielając narrację o przyprawiającym o ból głowy mniemanym satanizmie hierarchii katolickiej. W niniejszym artykule przyjrzymy się, o co dokładnie chodzi w stawianym oskarżeniu, i spojrzymy prawdzie w oczy.

Etymologia słowa lucifer
Otóż rzecz idzie o padające w jednej z katolickich pieśni słowo lucifer. Fakt faktem, istnieje łacińska pieśń Exsultet*, w której lucifer pojawia się dwukrotnie. Jak to możliwe — zapytacie? Aby sobie na to odpowiedzieć, najpierw musimy rozstrzygnąć, co było pierwsze: jajko czy kura?

Co oznacza lucifer? Słowo to nie występuje w hebrajskich i greckich rękopisach Pisma Świętego, gdyż jest... łacińskie. Pojawiło się najpewniej dopiero w przekładzie Biblii z końca IV wieku, kiedy to Hieronim przetłumaczył całe Pismo na łacinę, czyli w tak zwanej Wulgacie. Znalazło się w dwóch miejscach: w Księdze Izajasza 14,12 i w Drugim Liście Piotra 1,19. Tyle że nie jako imię zbuntowanego anioła.

W Biblii Hebrajskiej w Iz 14,12 w szyderczej pieśni o królu babilońskim, w którym tradycja chrześcijańska widzi postać szatana, napotykamy metaforyczne określenie helel ben szachar („O, jakże spadłeś z nieba, ty, gwiazdo jasna, synu jutrzenki”), które oznacza dosłownie „jaśniejącego syna Jutrzenki”, czyli Gwiazdy Zarannej (widocznej na niebie przed wschodem słońca), zwanej też Wieczorną (widać ją też przed zachodem słońca). Dziś owo ciało niebieskie określamy mianem Wenus i wiemy, że nie przynależy do kategorii gwiazd, lecz planet.


Izajaszowe wyrażenie oddano w Wulgacie jako lucifer, które to łacińskie słowo nie było w starożytności nazwą własną szatana, lecz normalnym określeniem Wenus, Jutrzenki, która przynosi, zapowiada, zwiastuje światło słoneczne (lux „światło”, ferre „nieść”). Inaczej mówiąc, anioła, który wypowiedział posłuszeństwo Bogu, Hieronim, idąc za hebrajskim tekstem, nazwał po prostu Jutrzenką. Również w 2 P 1,19 wyrazu lucifer użył on metaforycznie na podstawie dosłownego znaczenia jutrzni: „Mamy więc słowo prorockie jeszcze bardziej potwierdzone, a wy dobrze czynicie, trzymając się go niby pochodni, świecącej w ciemnym miejscu, dopóki dzień nie zaświta i nie wzejdzie jutrzenka w waszych sercach”. Słowo lucifer-jutrzenka było pierwsze, a imię Lucyfer-szatan pojawiło się później.

Imię jak każde inne
W starożytności imię Lucifer (polskie Lucyfer) nie miało negatywnych konotacji, dość wspomnieć żyjącego w IV wieku Lucyferiusza z Cagliari, alias Lucyfera z Kalaris, którego to biskupa Kościół katolicki z czasem włączył do panteonu świętych. We włoskim mieście Cagliari (Sardynia) stoi m.in. kościół pod wezwaniem tegoż świętego (na zdjęciu poniżej). Imię Lucyfer brzmi dziwnie, wręcz wrogo i bulwersująco, ale tylko z perspektywy dzisiejszej, nie dla ucha starożytnych. Z czasem użyty w Wulgacie wyraz lucifer tak się upowszechnił w odniesieniu do szatana, że dziś budzi skojarzenia jednoznacznie negatywne, i to do tego stopnia, że zgodnie z polskim prawem nie można nadać dziecku imienia Lucyfer, gdyż uważa się je za nieprzyzwoite**. Podobnie stało się w Polsce po II wojnie światowej ze zwyczajnym wcześniej imieniem Adolf: na skutek bardzo złych skojarzeń niemal zaprzestano nadawać je dzieciom.


Wielkanocny hymn
Mniej więcej z tego samego okresu (IV wiek) pochodzi wspomniana rezurekcyjna pieśń Exsultet, za której autora uważa się najczęściej św. Ambrożego lub św. Augustyna. Pada w niej dwa razy słowo lucifer, co u niektórych wywołuje nie lada szok (jak się zaraz przekonamy, całkowicie niepotrzebnie). Przytoczmy jej ostatni, budzący tyle emocji fragment wraz z przekładem:
Oramus ergo te, Domine, ut cereus iste in honorem tui nominis consecratus, ad noctis huius caliginem destruendam, indeficiens perseveret. Et in odorem suavitatis acceptus, supernis luminaribus misceatur. Flammas eius lucifer matutinus inveniat: Ille, inquam, lucifer, qui nescit occasum: Christus Filius tuus, qui regressus ab inferis, humano generi serenus illuxit, et vivit et regnat in saecula saeculorum.
Prosimy Cię przeto, Panie, niech ta świeca poświęcona na chwałę Twojego imienia nieustannie płonie, aby rozproszyć mrok tej nocy. Przyjęta przez Ciebie jako woń przyjemna, niechaj się złączy ze światłami nieba. Niech ta świeca płonie, gdy wzejdzie słońce nie znające zachodu: Jezus Chrystus, Twój Syn Zmartwychwstały, który oświeca ludzkość swoim światłem i z Tobą żyje i króluje na wieki wieków.

Hymn Exsultet uwypukla wspaniałość Boskiego dzieła odkupienia, poczynając od grzechu Adama, a kończąc na zbawieniu, które się dokonało w Jezusie Chrystusie. W pieśni jako lucifer, Jutrzenka, określany jest sam Jezus Chrystus, co zresztą współgra z metaforyką biblijną: „Ja, Jezus, wysłałem anioła mego, by poświadczył wam to w zborach. Ja jestem korzeń i ród Dawidowy, gwiazda jasna poranna” (Ap 22,16). W tekstach starożytnych pieśni łacińskich (oprócz Exsultet podobnie jest w hymnie brewiarzowym na jutrznię Aeterne rerum conditor autorstwa św. Ambrożego) biblijną przenośnię najzwyczajniej kontynuowano. Z czasem i Wenus obrosła w symbolikę negatywną, okultystyczną, jako powiązana językowo z szatanem, co pokazuje dalszy rozwój metafory Jutrzenki.

Po co i dlaczego?
Zawsze mnie zastanawia źródło (tudzież cel) takich załganych rewelacji. Czy jest nim odium theologicum — zapiekłość i złość wywołana gorącymi dyskusjami teologicznymi z osobami, które mają odmienne poglądy od naszych? Nie zaleczony uraz (na przykład z powodu afer pedofilskich) do Kościoła, z którego się odeszło? Nie gojąca się rana spowodowana poczuciem oszukania, gdy odkryje się różnice między nauczaniem katolickim a biblijnym? A może zwykła niewiedza i bezrefleksyjne, bezzasadne dośpiewanie sobie reszty historii przy odpowiednim takich informacji dosmaczeniu oraz jednoczesnym machnięciu ręką na to, że taka postawa nie ma z uczciwością nic wspólnego, lecz jedynie powoduje w ludzkich głowach mętlik i wypacza ogląd rzeczywistości? Analogicznie można sobie postawić pytanie o bezkrytyczne przyjmowanie, chłonięcie tego rodzaju sensacji, jakkolwiek tu zapewne mamy najczęściej do czynienia z prostoduszną naiwnością zaprawioną ignorancją i brakiem nawyku weryfikacji informacji, z którymi się stykamy. Za Lucjuszem Kasjuszem można by powtórzyć: Cui bono — kto na tym korzysta?


Padlina
Tak czy tak krytyka pod adresem innego Kościoła nie powinna jakościowo przypominać tez wygłaszanych chociażby przez zajadłych protestantożerców pokroju księdza Tadeusza Guza, Grzegorza Brauna czy (nieco subtelniejszego) Pawła Lisickiego, którzy m.in. w życiorysie i wypowiedziach Lutra dopatrują się rzeczy arcyskandalicznych lub satanistycznych, obwiniają reformację o późniejsze krwawe rewolucje (w tym francuską) i Holokaust oraz z pogardą wypowiadają się o protestanckich duchownych, doktrynie i praktykach. Krytyka powinna mieć swoje zdrowe, przyzwoite granice. Wyznaczane przez fakty, a nie duby smalone. Tylko tyle i aż tyle. Jest tak dużo pożywnych treści. Nie zajadajmy się padliną.


* Zwana też jako ExultetOrędzie paschalne i Orędzie wielkanocne.
** Art. 59 ust. 1 i 2 ustawy z 28.11.2014 r. – Prawo o aktach stanu cywilnego, Dziennik Ustaw z 2020 r., poz. 463.


© Paweł Jarosław Kamiński 2024

sobota, 28 grudnia 2024

O Trójcy inaczej

Chłodnym okiem na marginesie gorącego sporu


Nastroje antytrynitarne są jak cykliczne pływy morskie. Od co najmniej parunastu lat znajdują się w Polsce, mam wrażenie, na fali wznoszącej. Młodsze i starsze pokolenia stają przed, nie ma co ukrywać, niełatwymi pytaniami.


Nawet jeśli wyolbrzymiam skalę zamieszania wokół tej kwestii, nieraz obserwuję dysputy, w których uczestnicy poruszają nowe-stare zagadnienia: Czy Jezus miał początek? Czy był równy Ojcu? Czy Duch Święty jest osobą? A może tylko energią lub mocą? Czy Bóg jest faktycznie trójjedyny? Czy starotestamentowa formuła modlitewna Szema (Pwt 6,4) nie wyklucza koncepcji Trójcy? Przerabiane na wszystkie strony w pierwszych wiekach naszej ery spory oto odżywają na naszych oczach. W ruch idą Biblie, furczą przewracane kartki, dyżurne wersety pchają się na wyprzódki.

Co ważne, nieodłącznym elementem, dzięki któremu możemy ocenić, czego uczy Pismo, są klarowne, logiczne przesłanki rozumowe. Dochodzić do sensownych wniosków da się bowiem tylko dzięki uniwersalnym — wcale przez człowieka nie wymyślonym, lecz wiecznie istniejącym, a przez nas tylko odkrytym — zasadom logiki, a ruszać głową jesteśmy w stanie dzięki samej zdolności myślenia, w tym abstrakcyjnego.

W niniejszym szkicu chciałbym skupić się nie na argumentach biblijnych, lecz właśnie na kwestiach rozumowych, zauważyłem bowiem, że logika i pojmowanie świata bywają nieraz w dyskusjach o Trójcy mocno zaburzone. Albo robią sobie fajrant.

Syn literalnie?


Najpierw przypomnijmy sobie pokrótce, czym jest metafora (przenośnia). Kiedy na przykład mówimy, że kogoś wkręciliśmy, wyrażamy się metaforycznie, bo przecież nikogo dosłownie (literalnie) w ziemię ani inną powierzchnię nie wkręcamy niby śrubę czy żarówkę. Wkręcanie kogoś jest zatem przenośnią opartą na wkręcaniu dosłownym, ale oznaczającą coś od niego zasadniczo różnego — mówienie komuś nieprawdy, tak by osoba ta zrobiła coś, co ją może ośmieszyć albo przynieść określone korzyści mówiącemu, np. Piotrek mnie wczoraj wkręcił, że wygrał w totka.

Stawiam bynajmniej nie śmiałą i nie nową tezę, że „Ojciec”, „Syn” i „Duch” to metafory stworzone nie przed założeniem świata, lecz specjalnie dla nas, ludzi, na bazie ludzkiego aparatu pojęciowego i ludzkiego języka przez zestawienie rzeczy niebiańskich i ziemskich, tak aby było nam łatwiej pojąć owe niedosięgłe, nienamacalne dla nas sfery i boski Absolut. Że „Ojciec” to metafora oparta na ziemskim „plemnikowym” ojcostwie, dzięki któremu żyjemy. Że „Syn” to metafora zasadzająca się na byciu dzieckiem ziemskich rodziców, którzy wespół w zespół (plemnik plus komórka jajowa) dają początek nowej istocie. Że „Duch” to metafora powstała z obserwacji wiatru, który wieje, dokąd chce, jest wszechobecny i nienamacalny, lecz zarazem którego efekty działania widać i którego zamiarów ani sposobów działania ogarnąć niepodobna (biblijne ruach, tłumaczone zwykle jako „duch”, oznacza dosłownie „wiatr”, „oddech”). Analogicznie metaforami są w Biblii narodzenie na nowo (powstałe na bazie dosłowności narodzin dziecka z łona kobiety), światłość świata, Mesjasz jako droga, brama do owczarni, Baranek Boży czy winna latorośl. Albo spożywanie krwi i ciała Syna Bożego. Wszystko to jedynie drobny ułamek przenośni pojawiających się na kartach Pisma, które wyrastają z ziemskiego światła, normalnej drogi, zwyczajnej bramy, fizycznego baranka, rosnącego sobie w ogródku winogrona czy powszedniego aktu konsumpcji.

 

W przeciwieństwie do tego dosłowne jest pojęcie Stwórcy: oznacza tego, który powołał nas do istnienia ex nihilo, z niczego, a nie w wyniku stosunku seksualnego. Poprzez akt kreacji, nie prokreacji. („Proch ziemi” odgrywał w tym akcie rolę wtórną, nie zasadniczą).

Kiedy pytam antytrynitarzy, czy synostwo Chrystusa należy rozumieć dosłownie, czy jako przenośnię, odpowiadają, że dosłownie. Dlaczego w ogóle stawiam im takie pytanie? Otóż na podstawie własnego doświadczenia stwierdzam, że argument o dosłowności zrodzenia Chrystusa przez Ojca jest istotny w rozumowaniu antytrynitarzy. Dosłowność synostwa Jezusa ma burzyć trynitarną koncepcję, zgodnie z którą Syn to tylko metafora, określenie czysto umowne, które nie świadczy o istotowej niższości Chrystusa ani o Jego początku w czasie. Antytrynitarze, przeświadczeni, że Syn powstał, wyłonił się czy też emanował z łona Ojca na długo przed powstaniem świata, przekonują, że ojcostwo i synostwo niebiańskie, jako chronologicznie pierwsze, są dosłowne. Wierzą, że Syn został literalnie wydarty z łona Ojca. Że miał początek w czasie. Przyjmijmy więc hipotetycznie takie rozumowanie. Zgodnie z tym tokiem myślenia należałoby synostwo ziemskie osób płci męskiej jako dzieci swoich rodziców uznać za metaforę opartą na synostwie niebiańskim Jezusa. Tyle że jeśli synostwo ziemskie (synostwo ludzkich dzieci względem swoich ludzkich rodziców) jest metaforą opartą na relacji niebiańskiego Ojca i Syna, to macierzyństwo ziemskie musi być metaforą... no właśnie, czego? Tu pokazuje się luka w ich rozumowaniu.

Postanawiają jednak bronić swego zapatrywania za wszelka cenę i czym prędzej podnoszą, że synostwo ziemskie ludzi też jest dosłowne. Hola, hola, powiadam. Nie może być mowy o jednocześnie dosłownym synostwie Chrystusa i dosłownym synostwie wszystkich osób płci męskiej (jako dzieci swoich ojców i matek). Nie tak działa język. Metafory powstają na fundamencie znaczeń literalnych:

(...) słowo nie może być symboliczne ani metaforyczne, zanim nie nada mu się najpierw znaczenia literalnego! Wyraz może być użyty w sensie metaforycznym dopiero wtedy, gdy wcześniej miał znaczenie dosłowne. W Nowym Testamencie czytamy, że Jezus jest „drzwiami”. Wiemy, co to znaczy, ponieważ znamy dosłowne znaczenie „drzwi” jako wejścia. Ponieważ rozumiemy literalne znaczenie tego wyrazu, może on zostać użyty w sposób metaforyczny lub symboliczny wobec Jezusa Chrystusa – wiemy, że nie jest On dosłownymi drzwiami. Słowo „drzwi” nie mogłoby zostać użyte w taki sposób, gdyby nie miało najpierw dosłownego znaczenia**.

Jeśli uznamy na potrzeby dyskusji, że Syn został stworzony przez Ojca (antytrynitarze mówią na ogół nie o stworzeniu, lecz o zrodzeniu, w czym być może pobrzmiewają echa filozofii Plotyna i jego wywodów o emanacjach, co na dobrą sprawę nie różni się od stworzenia, skoro zdaniem niektórych Syn miał początek). Przy założeniu o dosłownym zrodzeniu Syna obie strony musiałyby się zgodzić, że w rzeczywistości niebiańskiej nie mogło być żadnego „zapłodnienia” ani „poczęcia” uwarunkowanego obecnością plemnika i jajeczka (na których wszak opiera się ojcostwo i synostwo ziemskie), a co za tym idzie również żadnych literalnych narodzin. Toteż widzimy wyraźnie, że synostwo Chrystusa różni się od naszego synostwa ludzkiego. I to różni się zasadniczo. A skoro te dwa są tak diametralnie odmienne, to jedno musi być dosłowne, a drugie metaforyczne. Tu można by jednak spytać, czy nie mogą być oba metaforyczne, gdyż na jednym znaczeniu dosłownym danego wyrazu powstać może wiele znaczeń metaforycznych. Tyle że wówczas metaforyczne synostwo ziemskie i niebiańskie musiałyby się odwoływać do jakiegoś trzeciego, dosłownego synostwa, które byłoby podglebiem dla obu metafor. Tylko niby jakiego konkretnie? Na to nie ma sensownej odpowiedzi. Taka opcja odpada.

Wobec powyższego pozostaje tylko jedna możliwość: synostwo Jezusa to metafora. Dosłowność synostwa ludzkiego polega na tym, że kiedy plemnik łączy się z jajeczkiem, powstaje nowy człowiek. Gdy pytam, na czym miałaby polegać dosłowność niebiańskiego synostwa Jezusa, antytrynitarze nie bardzo wiedzą, co powiedzieć. Powtarzają tylko w kółko mgliste: wyszedł od Ojca, został wydarty z łona Ojca etc. Używają w tym kontekście wyrazu „dosłownie”, ale w gruncie rzeczy używają go bezpodstawnie, ponieważ nie rozumieją, co ono oznacza. Tak oto w ich ustach „dosłownie” staje się leksemem pustym, nie niosącym znaczenia. A gdy słowa przestają cokolwiek znaczyć, dyskusja staje w martwym punkcie jako niedorzeczna i bezprzedmiotowa.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Otóż „nietrynitarni” zarzucają nieraz „trynitarnym”, że ci drudzy spytani o szczegóły związane z Trójcą albo o to, jak to możliwe, by jedna istota mogła istnieć w trzech osobach, wskazują na tajemnicę niezgłębioną przez umysł stworzeń (podobnie jak niepojęta dla człowieka jest choćby moc stwórcza Boga, którą przecież także przyjmujemy wyłącznie na wiarę, za grosz nie rozumiejąc jej mechanizmów ani istoty). Antytrynitarze uważają taką odpowiedź za ucieczkę od tematu czy też słabość nauki o Trójcy. Tymczasem gdy ich samych zapytać o szczegóły związane z synostwem Jezusa bądź Jego zrodzeniem, sytuacja przedstawia się analogicznie, choćby w ogólnikowej odpowiedzi nie posługiwali się słowem „tajemnica”.

 

Osoba  z czym to się je?

Wreszcie, osobowość Ducha Świętego. Tyle się dyskutuje o tym, jakoby Duch Święty nie był osobą, tymczasem okazuje się, że bez ustalenia definicji terminu „osoba” nasze pytlowanie nie ma większego sensu. Inaczej dysputa okazuje się jałowa, bezproduktywna i chaotyczna.

Chciał nie chciał grecka filozofia wypracowała jasne rozróżnienie pomiędzy pojęciami istoty i osoby. Z punktu widzenia siatki pojęciowej, w ramach której funkcjonuje cała myśl zachodnia, nie ma nic nielogicznego w tym, żeby teoretycznie istniała jedna istota boska składająca się z trzech osób. Taka istota jest wyobrażalna, do pomyślenia. Przy czym warto zauważyć, że w tradycyjnej teologicznej nomenklaturze natura danego bytu bywa określana jako „istota”. A zatem zastanówmy się, co takiego oznacza termin „osoba”? Osoba, czyli właściwie... co?


Zgodnie z klasyczną definicją „osoba” to jednostkowy byt natury rozumnej. Czy klasa 6B (lub naród) spełnia warunki tej definicji, tj. czy można ją uznać za osobę? Nie, ponieważ jest zbiorem składającym się z wielu elementów. Idźmy dalej: stół wprawdzie jest bytem jednostkowym, ale z pewnością nie rozumnym. A co z kotem? Owszem, nie można mu odmówić jednostkowości, lecz rozumności owszem: kot ma jedynie koci instynkt, oparty na ślepych procesach chemicznych. Zwierzęta w tym kontekście to niejako organiczne maszyny, którymi rządzą mechanistyczne prawa. Trudno też mówić o świadomości u zwierząt — nie tworzą kultury, cywilizacji, nie znają religii. A człowiek upośledzony umysłowo? Spełnia tę definicję, gdyż naturę ma rozumną, a jedynie pewna „awaria systemu” uniemożliwia mu wyrażanie tejże rozumności na zewnątrz. Co najwyżej nie realizuje bądź nie uzewnętrznia potencjału rozumności obecnego w jego istocie, natury zaś innej od człowieka zdrowego nie ma. Mówiąc językiem nieco filozoficznym: tkwiąca w takim bycie możność rozumności się nie aktualizuje.

Antytrynitarze spytani, czy według Biblii Bóg Ojciec jest osobą, de facto nie potrafią odpowiedzieć, gdyż nigdy się nad definicją „osoby” nie zastanawiali. No, większość niby twierdzi, że jest, ale poproszona o dowody biblijne rozkłada bezradnie ręce. Pojęcia hebrajskie nie są pod tym względem tak precyzyjne jak greckie, więc de facto rozmowa o osobowości danej postaci znanej z kart Pisma to przykładanie siatki pojęciowej greckiej do filozofii hebrajskiej. I nie ma w takim przykładaniu nic złego. Grecka myśl zniuansowała i uszczegółowiła nasz aparat pojęciowy, dzięki czemu łatwiej i dokładniej możemy opisywać rzeczywistość. Kiedy tak zrobimy, okazuje się, że Duch Święty spełnia warunki definicji „osoby”. A zaświadczają o tym znane czytelnikom Biblii wersety: Duch przejawia uczucia (smuci się), wolę (postanawia), naucza i przypomina, słucha, udziela darów, składa świadectwo itd.

Ludzkie pojęcia osoby i istoty są tylko… ludzkie i z pewnością nie oddają idealnie natury Bóstwa, tyle tylko, że niczym lepszym na ten moment nie dysponujemy. W wieczności zapewne będziemy mieć lepszy ogląd sprawy, ale póki co wypracowane przez Greków pojęcia są najbardziej precyzyjne, a zastosowane do opisu Boga wskazują jednoznacznie na to, że Duch Święty osobą jest. Podobnie jak Ojciec i Syn.

*****

Czy niniejszy przyczynek wyczerpuje dyskusję na temat Trójcy? Bynajmniej. Jedynie zwraca uwagę na pewne braki, które niekiedy uwidoczniają się w rozmowach na ten temat. Ocenę tego, na ile moje argumenty są poprawne i przekonujące, logiczne i sensowne, pozostawiam P. T. Czytelnikom.

 

 

* Cyt. za: Heiko A. Oberman, Marcin Luter. Człowiek między Bogiem a diabłem, przeł. E. Adamiak, Marabut, Gdańsk 1996, s. 33.
** K. Ham, Why Did God Take Six Days, w: A Pocket Guide to Six Days, Answers in Genesis, Petersburg 2017, s. 62, tłum. własne.

 

© Paweł Jarosław Kamiński 2024